Spotkałam się z tezą, że sól jako naturalny minerał szkodliwa nie jest. Zgadzam się z tym.
Może zacznę od tego, że kiedy w wieku 5-7 lat próbowano mnie namawiać na posolone pomidory to zacięcie odmawiałam, co wprawiało moją rodzinę w konsternację. Co ciekawsze, pomidor zagryzany cebulą jak najbardziej był pożądany. Wtedy było to po prostu traktowane jak dziecięce dziwactwa.
W czasach bardziej już współczesnych

z kolei, rodzina mojego męża była zszokowana kiedy nie byłam w stanie zjeść np. mizerii, ponieważ jedyne co czułam to była sól, a mój organizm zarządził odwrót w postaci wymiotów.
Nie uważam soli za zło, ponieważ są takie momenty, że mam ochotę na coś posolonego. Natomiast mogę podsunąć Ci pomysł, który sprawdził się u mnie. Kupiłam każdą z możliwych dostępnych soli. Przez ok tydzień na surowo absolutnie nic nie soliłam (ale cały okres tych testów był na surowo), po czym kolejne 1-3 dni soliłam jednym rodzajem soli, robiłam taką samą przerwę w nie soleniu (1-3 dni), po czym soliłam kolejnym rodzajem, na końcu znowu tydzień bez soli. W sumie możesz tak się bawić całą zimę

Piszę 1-3 dni ponieważ byłby takie rodzaje soli, które powodowały wręcz mdłości, gdzie posolenie tego samego w kolejnym czy wcześniejszym cyklu innym rodzajem soli tych mdłości nie wywoływało. Ilość soli musisz dobrać do siebie.
Efektem tych eksperymentów była pewna selekcja, i tak naturalnie nie smakowało mi większość soli z jakimiś dodatkami antycokolwiek. W tej chwili używam 4 rodzajów soli (nota bene z Bogutyn Młyna): himalajskiej różowej, czarnej, białej morskiej i jednej naszej krajowej. Trzy pierwsze mogłabym określić jako subtelne, tzn. są absolutnie mało słone i delikatne. Mój mąż twierdzi, że nie zasługują na miano soli, bo słone nie są. Nasza krajowa jest nieporównywalnie konkretniejsza i słońsza, i to on głównie zajmuje się jej zużywaniem.
Dodatkowym plusem okazało się również to, iż w tej chwili wiem w jakiej ilości i na którą sól mam ochotę, jeżeli w ogóle takowa występuje. Jakiegokolwiek przepisu używam dosalam i doprawiam pod swój gust, również w ilościach zerowych - kiedy po przyrządzeniu okazuje się, że smak odpowiada mi bez dosalania czy doprawiania.
Podsumowując, twierdzenie że bez soli wszystko jest bez smaku, dla mnie osobiście jest bzdurą, a Ci którzy tak twierdzą nie mają pojęcia jak smakuje to co solą, czy na pewno chcą to zjeść i czy na pewno chcą to posolić. Myślę, że bardzo jest to kwestia ogólnie przyjętej ilości używanej soli, przy czym jedząc nie surowo (a już w ogóle mięso) organizm jest tak zapchany, że 500g soli w miesiącu nie robi mu przez lata różnicy, w tym sensie, że nie ma szansy tej różnicy poczuć, a sama sól może działać jako pewnego rodzaju katalizator i wspomagacz w trawieniu badziewia.
Słuchaj siebie, daj sobie czas i słuchaj siebie.
Pozdrawiam