Witam!
Całe życie byłam wszystkożercą, choć mięso jakoś specjalnie mnie nie pociągało. Na info o witarianizmie trafiłam już dość dawno, ale wtedy taki sposób żywienia wydawał mi się bardzo niedorzeczny. Ostatnio szperając w necie w różnych publikacjach na temat rozwoju duchowego trafiłam na wzmiankę o surowej diecie. I najwidoczniej potrzeba było czasu i wiedzy, by ten sposób odżywiania do mnie trafił.
Zaczęłam szukać i z każdą nową informacją coraz bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że właśnie taką dietę chcę mieć do końca życia

Od jakichś dwóch tygodniu próbuję powoli przechodzić na raw food, coraz więcej warzyw, owoców. Widzę, że to ma sens i tak jakoś łatwiej cały proces trawienia przebiega i wcale nie jest się po tym bardziej głodnym niż po tradycyjnym jedzeniu... Wczoraj prawie cały dzień na surowo, a dzisiaj z rana mąż paróweczki zaserwował i już wiem, że nigdy ich więcej nie zjem... pierwszy raz czułam się tak okropnie po "normalnym" jedzeniu. Mięso powoli idzie w odstawkę
Przy okazji chcę wciągnąć w to moją rodzinkę (dzieciaki i męża), bo albo wszyscy albo nikt - innej opcji nie widzę

I o ile jeszcze z dzieciakami większego problemu nie będzie, bo jedno dopiero zaczyna poznawać smaki, a drugie jest jeszcze na etapie, na którym możliwa jest prawie bezbolesna zmiana sposobu odżywiania, to z mężem może być trudniej. Z góry zapowiedział, że z mięsa nie zamierza zrezygnować

Chyba będę musiała wziąć go sposobem

Póki co jesteśmy na etapie negocjowania warunków

Zaproponowałam mu miesiąc surowy, a później miesiąc "normalny". Niby się zgodził, tylko muszę mieć pewność, że nie będzie oszukiwał za bardzo i sabotował moich działań

Teraz zbieram informacje, przepisy i myślę, że za jakiś tydzień zaczniemy

Czeka nas jeszcze impreza urodzinowa starszego syna i jakbym zaserwowała rodzince surowiznę to by mnie chyba z rodziny wypisali

więc muszę to przeczekać.
Pozdrawiam wszystkich
